Krótko o Falkonie

Licealistą, a później świeżo upieczonym studentem będąc, zdarzało mi się jeździć na konwenty fantastyczne – te małe, lokalne, rozrzucone po Podkarpaciu. Raz jeden wywiało mnie aż do Poznania na Pyrkon, wtedy organizowany jeszcze w szkolnych klasach, innym razem miałem przyjemność bawić się na Orkonie – jednym z większych polskich konwentów LARP-owych, organizowanym wówczas w Łutowcu na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Bardzo miło wspominam te czasy! Wiem, brzmi, jakby minęły wieki, a to zaledwie dekada pękła i to niecała. Ale to wystarczyło. Teraz konwenty wyglądają zgoła inaczej. Nie wszystkie, wiadomo. Nadal są imprezy, które nie oparły się upływającemu czasowi lub dopiero co powstały, raczkują w fandomowym świecie, szukając swojej drogi rozwoju.

Największym polskim festiwalem fantastycznym niewątpliwie jest Pyrkon. Kiedy byłem tam tych kilka lat temu, liczył ledwo trzy tysiące uczestników. W przyszłym roku pewnie przebije granicę pięćdziesięciu tysięcy. To impreza, na którą co roku jeździmy (ekipa SQN Imaginatio) z własnym stoiskiem. Warto tam się pokazywać. Widać, że organizatorzy znają się na swojej pracy, choć i im zdarzają się potknięcia, a uczestnicy wychodzą z eventu zadowoleni. Szansę na wstąpienie na podobny poziom ma również Polcon – jeden z bardziej prestiżowych konwentów, bo związanych z galą rozdania Nagród im. Janusza A. Zajdla – ale rok rocznie ją marnuje. Najwyraźniej ciągłe zmiany organizatorów stoją na przeszkodzie rozwojowi i utrzymaniu ciągłości. Tegoroczna edycja wyszła naprawdę biednie w porównaniu z chociażby Coperniconem (imprezą dość kameralną i klimatyczną). Szansę miała jeszcze jedna impreza. Sięgnęła po nią i wykorzystuje znakomicie.

4–6 listopada w Lublinie odbył się Falkon. O festiwalu wcześniej mało słyszałem: że fajny i że warto pojechać, ale żadnych konkretów. Na tegoroczną edycję wysłaliśmy godną reprezentację naszych autorów w składzie: Anna Lange, Aneta Jadowska, Jacek Łukawski i Jakub Ćwiek. Na sprzedaż książek SQN Imaginatio dogadaliśmy się z księgarnią Solaris. Ostatecznie pojechałem też ja, żeby wszystkiego dopilnować. Wnioski z wycieczki mam dwa: Stare Miasto w Lublinie jest urokliwe, a Falkon jest festiwalem, na który naprawdę warto pojechać.

falkon1 falkon2

I dziś właśnie o Falkonie 🙂

Według oficjalnych danych tegoroczną edycję odwiedziło w sumie dziewięć i pół tysiąca osób. Festiwal odbył się w halach Targów Lublin oraz na terenie dwóch szkół (jednej programowej, drugiej przeznaczonej do spania, ale do żadnej nie dotarłem). To w halach odbywał się trzon programu, tam też nasi autorzy wygłaszali swoje prelekcje i brali udział w panelach dyskusyjnych. Tam też można było uszczuplić swoje zasoby finansowe.

Hala wystawców była w sam raz. Stoiska miały wokół siebie odpowiednio dużo przestrzeni, żeby każdy mógł w spokoju zastanowić się nad zakupami. Książek było zadziwiająco mało. Jak zwykle królowały handmade’y wszelkiego rodzaju oraz stoiska growe. Najciekawiej  prezentowały się różnego rodzaju zakątki tematyczne: ekipa militarna-postapokaliptyczna, klub rodem z Gwiezdnych wojen, królestwo klocków LEGO, Tardis z Doktora Who. Co bardziej krewcy uczestnicy brali udział w walkach sumo, trenowali japońską szermierkę lub ścierali się z podobnymi sobie w walce na otulinowe miecze. Głośno, kolorowo, zabawnie.

falkon3 falkon4

falkon5 falkon6

A na zmęczonych i głodnych tuż za ścianą czekał bufet w namiocie. I to była chyba najsłabsza część imprezy. Szkoda, że przy takich pieniądzach, jakie wiążą się z organizacją podobnej imprezy, nie stać było Falkonu na porządne jedzenie. Niedopieczone kiełbaski, na wpół chłodne hot-dogi w suchej bagietce czy wyglądające plastikowo hamburgery zdecydowanie nie dawały rady. Do tego zimno tam było :). Ale załóżmy, że nie jedzeniem konwent stoi, a punktami programu. A tych był mrowie.

Na Falkonie można było wysłuchać dyskusji panelowych (te zdecydowanie przeważały, a nie do końca spełniały swoje zadanie, ale o tym za chwilę), tradycyjnych prelekcji, podpisać książki u ulubionych autorów (dyżury autografowe zastąpiły dobrze wszystkim znane spotkania autorskie) oraz wziąć udział w licznych konkursach (w dużej mierze rozgrywały się w szkole konwentowej). Nasi autorzy przygotowali kilka prelekcji: Anna Lange mówiła w bloku naukowym o świetle i falach, Aneta Jadowska opowiedziała o truciznach z naciskiem na arszenik i przywołała historie kilku co ciekawszych trucicielek, Jacek Łukawski przytoczył trochę absolutnie fantastycznych faktów historycznych w ramach tematu Gdy rzeczywistość dogania fantastykę, a Jakub Ćwiek raczył słuchaczy wskazówkami na temat popkulturowego zwiedzania. Dodatkowo nasi autorzy brali udział w różnych panelach i czekali na fanów na dyżurach autografowych.

falkon7 falkon8

falkon9 falkon10

Jestem naprawdę dumny, że mogę pracować z tak wspaniałymi ludźmi, którzy tak ochoczo dzielą się wiedzą i swoim czasem z czytelnikami. Brawa dla SQN-owych autorów. Brawa również dla pozostałych twórców programu, dzięki którym nikt na nudę podczas Falkonu nie mógł narzekać.

Jak przy narzekaniu jesteśmy, to słów jeszcze kilka o panelach. Generalnie nie mam nic przeciwko takiej formie dyskusji, o ile jest dobrze przygotowana i moderowana. Niestety w moim odczuciu trochę to kuleje. I to nie tylko falkonowa przypadłość, ale w ogóle konwentowa. Gdy panel trwa godzinę, trudno oczekiwać, żeby A) temat został wyczerpany (bo każdy musi odpowiedzieć na zadane pytanie, a tych często jest mrowie) i B) panowała równość w wypowiedzi. Wśród pisarzy są jednostki wybitnie wygadane, ale są też takie, które do mikrofonu raczej się nie garną, mimo że często mają coś ciekawego do powiedzenia. Ciężko jednak takim autorom przekrzyczeć naturalnych krzykaczy, którzy niestety często popadają w zbędne dygresje, orbitują wokół głównego tematu, bardziej się popisują, niż rzeczywiście merytorycznie dyskutują. I w takim momencie powinien wkroczyć moderator. Ale co, jeśli ten podburza, zamiast uspokajać i kierować rozmowę na właściwe tory, albo w ogóle – raz się zdarzyło – jest nieobecny z jakichś przyczyn? 🙂 Godzinny panel to też, obawiam się, za krótki czas na omówienie danego tematu. Albo więc trzeba tematykę możliwie zacieśnić i takiego wąskiego skrawka się trzymać, albo panele wydłużać, żeby trwały dwie, a może i trzy godziny – tu wszystko zależy od potencjału omawianego tematu oraz umiejętności moderatora do panowania nad dysputą. I na tym kończę narzekanie, bo reszta (poza jedzeniem jeszcze) była cacy.

Ostatecznie wyszła z tego chyba bardziej recenzja aniżeli relacja, ale może to i lepiej. Trzymając się więc tej dość przypadkowej konwencji, wystawiam Falkonowi czwórkę z plusem 🙂 To naprawdę impreza, która ma ogromny potencjał; widać, że organizatorom się chce i robią to dobrze. Wróżę wielki sukces, kto wie, może na miarę Pyrkonu. I wtedy będziemy mieć dwa największe festiwale fantastyczne w Polsce. Oby! Bo konkurencja zawsze pozytywnie wpływa na bieg spraw i poziom świadczonych usług.

falkon11 falkon12

falkon15 falkon16

falkon13 falkon14

Categories: Newsy, Relacje