Jakub Ćwiek: jestem trochę z innej epoki

Jakub Ćwiek serią Grimm City udowadnia, że potrafi pisać dojrzale i mrocznie, a kryminały, które wychodzą spod jego klawiatury są w stanie niejeden raz zaskoczyć. Grimm City. Bestie to gorzki, brutalny kryminał noir w niezwykłym świecie inspirowanym amerykańskim podziemiem przestępczym lat 20. i 30. W świecie, w którym rządzi strach i… opowieść. Poniżej prezentujemy wywiad z Jakubem Ćwiekiem.

Oskar Grzelak: Piszesz dużo i poruszasz się w bardzo wszechstronnej tematyce. Debiutowałeś Kłamcą, zbiorem opowieści o nordyckim bogu kłamstw na usługach chrześcijańskich aniołów. Pisałeś książki inspirowane historią drugiej wojny światowej oraz amerykańskiej wojny secesyjnej. Przez pół roku mieszkałeś z bezdomnymi, żeby w Ciemność płonie oddać atmosferę katowickiego dworca głównego. Zawsze jednak dominowały w tym wszystkim elementy fantastyczne. Grimm City to jednak rasowy kryminał, gdzie fantastyka jest ledwo dostrzegalnym tłem. Skąd taka zmiana?

Jakub Ćwiek: Szczerze mówiąc, ja nie do końca widzę tę zmianę. Fantastyka jest dla mnie trochę jak przyprawa. Weźmy taki cynamon. Jasne, że czasem masz ochotę na słodką cynamonową bułkę i wtedy jest go dużo, ale czasem jest ci on potrzebny tylko, by wyostrzyć smak – dajmy na to – kawy i wtedy dajesz go odrobinę. Zawsze miałem fantastykę bardziej za rodzaj perspektywy, innego kąta, z którego można spojrzeć na wiele spraw.  Równając w górę, do nieosiągalnych dla mnie mistrzów, można Amerykę opisać jak Gaiman w Amerykańskich bogach, można jak Steinbeck w Gronach gniewu.  Ich spojrzenia nawet się nie przetną, ale obie książki mówią nam prawdę o tym wielkim kraju.

OG: Traktujesz Grimm City jako pierwszy, nieśmiały jeszcze, krok w stronę tak zwanego mainstreamu? Badasz nowe terytoria?

JĆ: Nie wiem, czy umiem zdefiniować mainstream, i dlatego ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Jestem fanem literatury gatunkowej i  mam w sobie mnóstwo zupełnie różnych opowieści. To, że większość z nich zawierała motywy fantastyczne wiąże się z tym, że uważam fantastykę za coś w rodzaju Augmented Reality – rzeczywistości poszerzonej, która pozwala się zapuszczać na zupełnie inne terytoria. Ale sednem każdej opowieści jest dla mnie zawsze człowiek i opowieść o nim,  a to mogę robić także w kryminale, dramacie historycznym, sensacji. Wszystko kusi i czasem czuję się trochę jak dziecko w sklepie ze słodyczami. I kto wie, może to czas na lukrecję?

zapowiedz-grimm-city-katarzyna-bonda

OG: Powieść Grimm City. Bestie polecają Katarzyna Bonda i Mariusz Czubaj. To naprawdę świetne rekomendacje! Spodziewałeś się takich opinii?

JĆ: Szczerze mówiąc, miło zaskoczyła mnie rekomendacja, zwłaszcza takiej treści, od Kasi Bondy. Z Mariuszem Czubajem nadajemy często na zbliżonych falach. Inne rzeczy nas kręcą w popkulturze, ale mamy punkty styku, a nade wszystkim pewien filmowy, powiedziałbym właśnie, gatunkowy sposób patrzenia na świat. I wychwytywania rytmu opowieści.  Rzekłbym, że kawałki grające nam w duszy są na to samo metrum i dzięki temu tak dobrze czyta mi się zawsze jego książki. Cieszy mnie wielce, że to działa w obie strony. Książki Katarzyny Bondy to z kolei budowane na solidnym dziennikarskim researchu, niespiesznie splatane historie, w których bardzo ważny jest każdy detal, nie tylko ten będący fabularnym rekwizytem.  Świadomość, że miasto Grimm wytrzymało test jej uważnego spojrzenia, wielce mi schlebia.

OG: Wyjawiłeś jakiś czas temu, że pomysł na Grimm City dojrzewał w Tobie ponad dziesięć lat. Ile w dzisiejszym Grimm City zostało z oryginalnego pomysłu?

JĆ: W oryginalnym pomyśle więcej było baśniowej dosłowności. Kiedyś naprawdę marzyło mi się to, co potem zrobiono w wyśmienitej serii komiksowej „Baśnie”, to znaczy wplecenie bohaterów z opowiastek zebranych i spisanych przez Grimmów i wrzucenie ich do świata noir. Potem jednak rzeczy, które wcześniej miały być w tle, wysunęły się na pierwszy plan. Mogłem opowiedzieć troszkę o świecie jak z czasów Capone, o kształtowaniu się religii, o zwykłych ludziach i ich zwykłych problemach. Zręby świata, który miałem dawno temu, pasowały pod tę opowieść jak ulał. Wystarczyło tylko… uczynić to miasto prawdziwym. Przeniosłem więc magię tam, gdzie jej miejsce – do podań i legend, a na pierwszy plan wyciągnąłem trochę brudu, zarówno z ulic, jak i z dusz.  Słowem, poprzestawiałem w tej historii suwaki i potencjometry.

OG: Akcja Twojej powieści mogłaby się spokojnie rozgrywać w dowolnym amerykańskim mieście lat dwudziestych ubiegłego wieku. Czy któreś konkretne było pierwowzorem dla Grimm City?

JĆ: Właściwie moje Grimm City to trochę świat prohibicji w pigułce. Jest tu i kawałek Atlantic City reprezentowany przez dzielnicę Troll’s Face i Nowy Jork ze swoim Manhattanem i Central Parkiem, ale i wszystkim, co brudne, szare i dalej od centrum. Wiele jest też z Chicago, swego czasu będącego najbardziej skorumpowanym miastem w Stanach.  Ostatnio jednak, po podróży przez Stany, coraz częściej dochodzę do wniosku, że to miasto ma w sobie wiele z Baltimore. Zarówno tego z serialu Prawo ulicy, jak i tego, którego smutnymi ulicami miałem okazję spacerować.

zapowiedz-grimm-city

OG: W książce czuć specyficzny klimat gangsterskich opowieści. Są i rodziny mafijne, i skorumpowane sądy, i niemal archetypiczne dla gatunku noir postaci, jak bokser po przejściach, dziennikarka, która nie przepuści żadnego tematu, zmęczony życiem policjant. Korzystasz z wielu schematów i przekuwasz je na nowo, tworząc zupełnie świeżą jakość. Wyjawisz, dlaczego akurat taki klimat? Wynika to z Twojej fascynacji erą Ala Capone czy może z wyrachowania i badania rynkowych trendów?

JĆ: Ja chyba w jakimś stopniu sam jestem trochę z innej epoki. Może niekoniecznie z czasów Capone czy później Lucky’ego Luciano, ale gdzieś tam w sercu czuję sentyment do zadymionych barów, boksów z czerwonymi kanapami, muzyką dostarczaną ze sceny prosto do duszy.  Wierzę też w prawdziwych bohaterów, to znaczy takich, którzy po prostu we właściwym momencie robią właściwe rzeczy.  Do tego nie trzeba ekstremalnych sytuacji, ale w nich najlepiej to widać. Myślę, że dlatego tak lubimy klisze – bo szukamy drogowskazów postaw.
A pytanie o rynkowe trendy troszkę mnie zaskoczyło, bo z tego co wiem, u nas, jeśli już ma chwycić kryminał retro, to mocno osadzony w rzeczywistości i jednak swojski, a nie fantastyczno-amerykański, prawda? Natomiast na tym polu nie mam raczej nic do powiedzenia. A nawet gdybym miał, ugiąłbym kark przed kunsztem Marcina Wrońskiego i dał sobie spokój.

OG: Jak przygotowywałeś się do pisania Grimm City?

JĆ: Właściwie nie jakoś szczególnie. W sensie nie było tu żadnego specjalnego researchu, który wymusiłby na mnie zmianę rytmu dnia. No, może oprócz kilku dłuższych spacerów po Nowym Jorku. Oglądałem i czytałem dużo filmów i książek powiązanych z kinem gangsterskim i kryminałami noir, przeplatałem to materiałami historycznymi, ciekawostkami z maili od pasjonatów gangsterskich czasów. Odświeżyłem sobie Grimmów, ale bardziej dla klimatu, dla smaczków niż samej opowieści. Poczytałem znowu Campbella i Proppa, bo to ich publikacje stanowiły w największym stopniu bazę dla moich religii. No i słuchałem dużo jazzu, bluesa i nade wszystko króla bardów Billy’ego Joela. Bez niego i jego muzyki zdecydowanie nie byłoby Grimm City.

OG: W swoje książki uwielbiasz wplatać motywy popkulturowe, bawisz się z czytelnikiem. Nie inaczej jest w Grimm City – często nawiązujesz tu do baśni i bajek. Jak ważne są (czy były) baśnie w Twoim życiu?

JĆ: Bardzo. W sensie nie one same, ale to, że nakazy i zakazy są uzasadnione i to w sposób zajmujący i porywający wpłynęło na mnie ogromnie. To dzięki baśniom właśnie poznawałem rolę opowieści w życiu człowieka. A ta jest nadrzędna. Wszystko, co robimy, to instynktowne, biologiczne reakcje i zachowania lepiej lub gorzej umocowane w naszych umysłach właśnie opowieściami. Uważam w ogóle, że w taki sposób należałoby uczyć historii – nie jako paczki dat, ale jako splotu przyczyn i skutków składających się na długi warkocz wydarzeń. Anegdoty jak drobne kawałki wielkiej mozaiki.

OG: Poza pisaniem książek zajmujesz się tworzeniem scenariuszy. Parałeś się pracą w branży reklamowej. Ostatnio podjąłeś próby na scenie stand-uperskiej. Skąd bierzesz czas na to wszystko? Zdradź swój sekret.

JĆ: Sekretem jest… nie mieć czasu wolnego. To bardzo proste, choć sam odkrywałem to dość długo. Człowiek nie potrzebuje czasu naprawdę wolnego, takiego, w którym nic nie robi. Zawsze wtedy szuka sobie zajęcia i to zajęcie jest bezproduktywne. Zapanowanie nad piętnastominutówkami we własnym życiu jest kluczem do sukcesu. Po co w toalecie bez sensu scrollować Facebooka, skoro to świetny czas na czytanie książki. Czuję, że robota mi nie idzie, bo jestem ospały? Może to najwyższa pora na kwadrans drzemki. I tak dalej. Możemy wszystko, pod warunkiem że wiemy, co robimy. I wtedy nagle się okazuje, że czasu jest naprawdę sporo. A, bo byłbym zapomniał. Ja generalnie też nie za dużo śpię.

kuba

OG: W środowisku jesteś uznawany za świetnego gawędziarza. Tłumy przychodzą na Twoje spotkania, żeby posłuchać jednej z licznych anegdot. Czy to doświadczenie – zdaje się, że bywasz również konferansjerem – pomaga Ci w jakiś sposób w stand-upie?

JĆ: Z jednej strony pomaga, z drugiej przeszkadza. Pomaga w ten sposób, że nie boję się tłumu. Nie przeszkadza mi świadomość, że stoję z mikrofonem przed tysiącem ludzi i mam do nich mówić. To robię, odkąd pamiętam. Ale też prelekcja czy wiele z moich prac konferansjerskich opartych było albo na ścisłym, bardzo dokładnym scenariuszu albo, to częściej, na pełnej swobodzie. A stand-up wymaga bardzo konkretnego, jasnego określenia siebie i swojego rytmu. Uczę się tego, tak jak uczę się zwalczać nawyki, którymi obrosłem. Na szczęście mam przyjaciela, Michała Pałubskiego, który w naszej stand-upowej grupie robi za pana Miyagi z Karate Kida. Więc jakoś tak jestem pewien, że pójdzie dobrze.

OG: Co będzie następne? Jakie masz plany na przyszłość? Zarówno tę najbliższą, jak i tę odleglejszą.

JĆ: Na dalszą? Teraz, gdy Grimm City. Bestie są już na rynku, a kto chce, może posłuchać mojej opowieści w odcinkach Jednooki król, czekam niecierpliwie, aż ukażą się Drobinki nieśmiertelności – mój pierwszy zbiór opowiadań niefantastycznych. To było wielkie wyzwanie, opowieści inspirowane moimi podróżami po Stanach, moją fascynacją tym krajem, skrajnie różne, smutne, nostalgiczne, zaskakujące.  Wybrałem dla tej powieści dobrych mistrzów – Kinga, Steinbecka, McCarthy’ego, Mathesona i paru innych – i choć z żadnym nie śmiałbym się równać, to zmierzanie do celu z takim gwiazdozbiorem nad głową bardzo pomaga. Poza tym oczywiście wspomniany stand-up, w którym czuję się coraz fajniej – super doświadczenie takie jeżdżenie jako anonimowy człowiek od open mica do open mica w całym kraju – a także poważne plany filmowe. Już w tym roku ukaże się pierwsza internetowa produkcja studia Brodaction Studio, które założyłem wspólnie z Michałem Pałubskim i Maciejem Linke. Film może trochę zachwiać monopolem Kevina na święta. Zobaczymy.
A na bliższą przyszłość? Drzemka. Tego mi właśnie teraz trzeba. Piętnaście minut drzemki.

banner-grimm-city

Categories: Wywiady